AUTOR: KOT MATEUSZ
Artur Cieślar, Czarny kot nocą, Wyd. Rosner i Wspólnicy, 2006
Nieruchoma, stalowa cisza.
Fioletowa łuna rozbłyska na niebie.
Fiolet to kolor śmierci.
Lubię go.
Śmierć także.
Ona pogłębia mój związek z życiem.
Jak co dzień wstanę,
Aby spróbować zabić „ja”.
Kiedyś mi się to uda.
Na pewno.
Wtedy przebudzę się na nowo.
Powyższe otwierające książkę Artura Cieślara słowa są jej najlepszym fragmentem. I może jeszcze ten, że zen polega na byciu jak czarny kot nocą: niewidoczny, nie zwraca na siebie uwagi, ale jest bardziej czujny, ma wyostrzone wszystkie zmysły, widzi wszystko dookoła, słyszy każdy szelest, sam pozostaje niezauważony i cicho podąża własną drogą. Czarny kot nocą to niewątpliwie osobista, intymna wręcz i pełna wspomnień relacja z pobytu autora w Kagyu Ling, burgundzkim zamku, ośrodku buddyjskim pełnym lamów i uczniów. Podróżnik, buddysta, pisarz i romanista nie ukrywa, że całe jego życie jest jedną wielką podróżą – zwłaszcza w sensie metafizycznym. Czarny kot nocą wprawia w zakłopotanie: jest szczera, lecz nie wiem, co o niej myśleć i pisać.
Książka będzie interesująca dla tych, którzy coś już o buddyzmie wiedzą i szukają go blisko: w Europie, w codzienności życia. Z kolei tym, których interesują doświadczenia innych w kształtowaniu swojego umysłu i duchowości, a drogi szukają przede wszystkim w sobie, niekoniecznie w buddyjskich wspólnotach, spodobają się wyznania autora o jego buddyjskim wzrastaniu i odbieraniu życia takim jakie jest – co jest chyba główną zasadą tej religii czy też filozofii. Śmierć przyjaciela na AIDS, wycieczka do wielokulturowego i hedonistycznego Paryża, frustracje duchowej praktyki, a nawet banalne wydarzenie, jak pierwsza noc z kobietą – to na pewno bardziej prawdziwe niż filozoficzne wywody Osho czy książki o Dalajlamie.
Czarny kot nocą wprawia mnie jednak w konsternację, ponieważ czuję, iż trudno ją będzie zrozumieć komuś, dla kogo jest to pierwsza lektura o buddyzmie – ergo ciężko napisać o niej cokolwiek przystępnego. Ponadto czytając miałem pokusę wydawania ocen – być może pochopnych i zbędnych – mianowicie ocen ludzi i wydarzeń tam występujących. Często zastanawiałem się: czy to, o czym czytam, to buddyzm, czy jedynie droga do niego, nieudolne poszukiwanie szczęścia przez dzieci cywilizacji zachodniej, miotające się w swej ludzkiej niedoskonałości właściwej każdemu z nas. Spotykamy bowiem w tym ośrodku buddyjskim ludzi wraz z ich namiętnościami, którzy przyjechali – co warto podkreślić – podczas wakacji, by wyzwolić się od cierpienia, jakie czują na co dzień, przyjechali też w poszukiwaniu czegoś nowego. Czy to buddyzm, czy przyziemna chęć duchowej rozrywki? Czy mogę oceniać? Nie potrafię. Przeczytałem o nich, choć mnie irytowali, nie wydając sądu o nich ani o całej wspólnocie, lecz zadając pytania. Czy rozwój duchowy w takim miejscu ma sens? Czy nie bliżej do kościoła? Czy nie mniej rozrywkowo w klasztorze, będąc choć przez jakiś czas mnichem? Czy trzeba w ogóle gdzieś jechać i kogoś spotykać? Czytając trafiamy tam na ludzi palących papierosy, upijających się francuskim winem, skarżących się na rozpad małżeństw, pożądających się. To nie mnisi buddyjscy z naszych wyobrażeń. Nie noszą nawet mnisich szat. Autor opisuje ich w sposób neutralny, być może – będąc przybyszem z PRL i jego „ascezy” – łatwiej mu być buddystą? Może jako jeden z niewielu w Kagyu Ling jest nim „na poważnie”? Trafił tam poszukując „tego czegoś” – to pewne – bo w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce nie było zalewu książek o buddyzmie, internetu z cybersanghą ani szkół buddyjskich do wyboru do koloru.
Jest jeszcze coś, co frustruje mnie w książce Cieślara. I znów wolę zapytać – choć pytanie zabrzmi jak oskarżenie. Czy nauczanie mistrzów buddyjskich na Zachodzie jest sprawą ducha czy portfela? Sam Dalajlama zrazu przestrzega, że buddyzm tybetański niekoniecznie jest odpowiedni dla ludzi Zachodu, a jednocześnie patronuje europejskiemu lamie Ole Nydhalowi, który przeszczepia tybetańską Diamentową Drogę na grunt zachodni. Nie trudno zauważyć też, że lamowie z Kagyu Ling (choć Tokuda to Japończyk) niosą ze sobą klerykalny system, który tak bardzo zaciążył na rozwoju i dziejach Tybetu: lamowie się modlą, a ludzie pracują. Nawiązują do tego badacze Tybetu opisując, jak kultura buddyzmu trafiła na Zachód.
Artur Cieślar wspomina, iż Polacy w burgundzkim zamku płacili za pobyt pracą i utrzymywali się z pracy – rzecz dla nich chwalebna – ale było to swego rodzaju łaską plebana, gdyż komercyjna cena pobytu w ośrodku była dla nich poza zasięgiem. Jak pogodzić misję duchową lamów ze sposobem na życie, kiedy uczniowie udają się do jednego z mistrzów ze skargą, iż lamowie zbyt mało czasu poświęcają uczniom, a zbyt wiele piciu wina i oglądaniu telewizji (sic!)?
Zwrócił moją uwagę też fakt, iż zamek często wynajmowano, a uczniów proszono, by zwolnili miejsce dla przybyszów, którymi byli astrologowie, wróżki – profesje bardzo popularne we Francji. (Tu dygresja: Raymond Domenech, selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Francji radził się wróżki, kto ma zagrać swego czasu w Les Bleus – i porażka była bolesna.) Dwudziestokilkuletni autor wydaje się być świadom prawdziwej natury wróżbitów, jednak system panujący w Kagyu Ling akceptuje i darzy sentymentem.
Aż do momentu, kiedy po latach chce odwiedzić we Francji mistrza Tokudę. A ten – okazuje się – odmawia mu spotkania i przekazuje informację o swoim ożenku i powrocie do Japonii. Artur Cieślar przyjmuje tą decyzję z żalem. A mnie zaczęła świtać myśl oczywista (i to już będzie wyrażenie oceny): to świadczy tylko o tym, że nauczyciele i mistrzowie, niezależnie czego uczą, są ludźmi z krwi i kości i właśnie to sprawia, że warto ich słuchać, może czasem naśladować. Oznacza to też, że nie można ich umieszczać na piedestale, lecz widzieć rzeczy takimi, jakimi są w istocie – bez szkody dla nikogo. To zabrzmi jak truizm, ale chyba nie można nigdy wyłączać krytycznego myślenia.
Podsumowując,
Czarny kot nocą Artura Cieślara jest jedną z tych książek, które trzymają fason dzięki osobowości autora: narracji w pierwszej osobie, o własnych przeżyciach i odczuciach oraz dzięki dobremu stylowi pisania. Autor posiada także bardzo estetyczną
stronę internetową:
http://www.arturcieslar.com/.
Czwarta rano.
Pode mną uśpiona Ziemia.
Jestem w drodze do wyśnionej Azji.
Tam jest moja tęsknota.
Łuna światła rozprasza głęboki fiolet nocy.
Życie i śmierć pulsują miarowo
- pełnia księżyca.
Nie zabiłem jeszcze „ja”.
This post is archived under
Azja,
buddyzm,
Chiny,
historia,
orientalistyka,
politologia,
psychologia,
Tybet