O co właściwie chodzi w politycznym sporze pomiędzy tybetańską emigracją a Chińczykami?
Thomas Laird przytacza w dialogu z Dalajlamą szereg argumentów historycznych na niekorzyść Chin. Znakomita większość historyków jest bowiem zdania, że Chiny nie sprawowały w średniowieczu zwierzchnictwa nad Tybetem, na które tak chętnie się powołują uzasadniając odzyskanie Tybetu pół wieku temu. Dzieje Azji są o wiele bardziej skomplikowane. Granice zmieniały się tak często, jak powstawały nowe potęgi w tamtym regionie świata i jak upadały stare królestwa. Tybet znajdował się pod dominacją mongolską przez dość duży czas, ale była to relacja kapłan – patron niespotykana w dzisiejszym prawie międzynarodowym i przypominała bardziej federację. Opierała się na pokojowym współistnieniu. Potem mandżurskie plemiona podporządkowały sobie Mongołów oraz Chińczyków – lud Han i jako dynastia mandżurska rządziły Chinami do 1911, kiedy powstała Republika Chińska. W okresie rządów Mandżurów Tybet, w przeciwieństwie do Mongolii, nie płacił im trybutu, a wojska mandżurskie były zbyt słabe, by skutecznie zainterweniować na Dachu Świata. Co więcej, naród Han, na fundamencie którego nacjonaliści Sun Jat Sena zbudowali nowoczesne państwo chińskie obaliwszy Mandżurów (uważanych za najeźdzców i okupantów), przez lata był w rzeczywistości podbity przez Mandżurów i podległy im dalece bardziej, niż Tybet.
Jednak doktryna chińska na tej podstawie podnosi swe prawa do Tybetu.
Z drugiej strony, Patrick French podaje, iż żądania Tybetańczyków są niepoparte realiami historycznymi. Wyzwolenie obszaru większego niż tereny zamieszkane przez etnicznych Tybetańczyków to chęć powrotu do granic mocarstwowych Tybetu z IX wieku, a nawet więcej. Laird milczy na ten temat wspominając jedynie, iż Chińczycy uważają stanowisko Tybetańczyków za „lwie aspiracje”.
Obszar ten to około jedna trzecia ChRL. Żaden kraj nigdy nie zgodzi się na oddanie takiej części swojego terytorium. Nawet sama Autonomia Tybetańska ma tak wielkie znaczenie strategiczne, o czym już wspominaliśmy, iż racja stanu Chin nie pozwoli im na żadne ustępstwa nie tylko dlatego, że aspirują do bycia globalnym mocarstwem, ale po to, by utrzymać swą pozycję w Azji. Kolokwialnie mówiąc, bez Tybetu Chiny spadłyby do drugiej ligi.
Rzecz jasna, argumenty moralne są po stronie Tybetańczyków. Chińczycy najechali kraj, który w świetle prawa był niepodległy (de facto bywało z tym różnie) i dopuścili się wielu okrucieństw. Na temat skali ofiar po stronie tybetańskiej Laird nie zgadza się z Frenchem, który uważa, iż ich liczbę wyolbrzymiono i to znacznie. Tą kwestię pominiemy, gdyż licytowanie się na doznane cierpienia nie przyczyni się do rozwiązania konfliku politycznego. Do tego potrzeba rozsądku – nie emocji.
Spustoszenia Tybetu przez komunistów nikt nie neguje, Laird opisuje je dość szczegółowo. Trzeba zastrzec jednak, że agresywna postawa Chińczykow w Tybecie zbiegła się ze zbrodniami popełnionymi na własnym narodzie w Chinach właściwych przez Mao i jego wspólników. Od czasów Denga Xaopinga władze złagodziły politykę wewnętrzną w Tybecie.
Tutaj ciekawostka: jakże bardzo trzeba uważać czytając krytycznie! Wspomniany Giełżyński – choć był dziennikarzem z demoludu, to ze względu na realia geopolityczne był promoskiewski, więc antychiński i niemal bezkrytycznie protybetański! Laird – reprezentant demokracji liberalnej – również jest antychiński i niemal bezkrytycznie protybetański. Ale w punkcie dotyczącym Denga jest między nimi istotna różnica: Giełżyński wykpił reformy Denga i ich skutek zarówno dla Chin, jak i dla Tybetu, traktując doniesienia o zwiększeniu produkcji rolniczej w efekcie reprywatyzacji jak propagandę (choć sam był z kraju, gdzie taką propagandę stosowano). Laird akceptuje te doniesienia i podkreśla, że na reformach Denga skorzystał i Tybet.
Kot Mateusz

