George R. R. Martin, Starcie królów, Zysk i S-ka, 2000
Druga część sagi "Pieśń lodu i ognia" jest równie imponująca, jakością i objętością, jak pierwsza.
Im dalej brniemy w fabułę, tym więcej polityki nas czeka. Po śmierci władcy królestwo rozpada się, targane sprzecznymi interesami możnych. Kiedy brak władzy spajającej takie dążenia, nadchodzi niebezpieczeństwo ruchów odśrodkowych. Tak jest i w "Starciu królów": ujawniają się poszczególni kandydaci do tronu, nazywają sami siebie królami, podnosząc mniej lub bardziej trafne argumenty na rzecz prawowitości swej władzy. Geopolityka nie znosi bowiem próżni.
Niezależnie jednak od swych pretensji, ażeby władać, muszą zdobyć tron i to zdobyć w realnej walce na polu bitwy. Nie ten, który jest bardziej sprawiedliwy, lecz ten, który jest bardziej "lisem i lwem" zostanie wynagrodzony. Decydującą rolę odegra prawo silniejszego.
Niezależnie jednak od swych pretensji, ażeby władać, muszą zdobyć tron i to zdobyć w realnej walce na polu bitwy. Nie ten, który jest bardziej sprawiedliwy, lecz ten, który jest bardziej "lisem i lwem" zostanie wynagrodzony. Decydującą rolę odegra prawo silniejszego.
Walka rodów w sadze Martina w tym momencie przypomina trochę dzieje rozbicia dzielnicowego w średniowiecznej Japonii, zwłaszcza jej zmienne koleje, ulotne sojusze, zdrady, wolty i rewolty.

