Francis Wheen, Jak brednie podbiły świat, Muza SA, Seria Spectrum, Warszawa 2005
Francis Wheen podważa tu kilka powszechnie akceptowanych sposobów myślenia w różnych dziedzinach życia publicznego i nauki, dlatego postanowiłem skonfrontować się z jego poglądami; nie ukrywam też, że to prowokujący tytuł zachęcił mnie do sięgnięcia po tą książkę.
„Jak brednie podbiły świat” to właściwie zbiór opinii brytyjskiego pisarza i dziennikarza na kilka często poruszanych tematów: myśli ekonomicznej i wydarzeń gospodarczych, sporów naukowych, obecności religii w sferze publicznej, w tym w polityce, manipulowania opinią publiczną etc., podlany obficie typowo wyspiarską złośliwościa (vide: serialowy dr House lub europoseł Farage). Wprawdzie autor „doposażył” swoje dzieło w przypisy, jednak odnoszą się one głównie do publicystyki i pełną chyba tylko funkcję erystycznego ozdobnika dla potrzeb wywołanej dyskusji. Tak więc uwaga: to nie jest pozycja naukowa!
Początek wywodów Wheena jest obiecujący: pisarz ze zdroworozsądkowym podejściem, logicznie argumentując obnaża sprzeczności (niemal „błędy i wypaczenia”) u "wszelkiej maści" neoliberałów, thatcherystów, zwoleników reganomiki, konsensusu waszyngtońskiego itd. itp. Temat o tyle chwytliwy i atrakcyjny, co dobrze znany, choćby z czasów ostatniego „kryzysu”, kiedy podobne zastrzeżenia były podnoszone nie tylko w literaturze. Jednakże dobitna retoryka autora, choć można się z nią nie zgadzać, sprawia intelektualną przyjemność.
Następnie obrywa się piewcom biznesowego sukcesu, zaklętego pod postacią przeróżnych poradników. Ten fragment również zasługuje na uwagę, choćby dlatego, że z jego warstwą merytoryczną łatwo się zgodzić.
Kolejne persony do ścięcia już czekają: to politolodzy oraz naukowcy (humaniści, literaci). W pierwszym przypadku Wheen atakuje Fukuyamę i Huntingtona,w drugim szlachetny świat brytyjskich uniwersytetów.
Werbalne tortury pisarz zaserwował jeszcze wierzącym w UFO i teorie spisku, fundamentalistom religijnym i politykom, którzy biorą udział w ceremoniach typu „ponowne narodziny u Indian”. Ciekawy jest aspekt psychologii politycznej (potrzeba posiadania wrogów) oraz emocjonalne sterowane społeczeństwem, w czym brylują postaci ze świata show-biznesu i polityki.
Na deser polemista zostawił potrawkę z Tony’ego Blaire’a, Anthony’ego Giddensa i innych zwolenników „trzeciej drogi” – zagadnienie znane autorowi z własnego podwórka potraktowane zostało szeroko – by na koniec wrócić do tematu spekulacji finansowych, współczesnej gospodarki i bankructwa Enronu.
Książka jest niezła jako przyczynek do debaty na ww. tematy; jednak jako „młot na czarownice głupoty” jest zdecydowanie za słaba. Podstawową wadą pisarstwa Wheena jest to samo, co u Dawkinsa: przekonanie, że skoro występuje jako racjonalista, to jego poglądy stanowią rację absolutną, choć – obiektywnie rzecz biorąc – nie da się ostatecznie orzec o zwycięstwie którejkolwiek ze stron. Humanistyka niestety to nie nauki ścisłe.

