Ładowanie...

Dziennikarz w globalnej wiosce.


Krzysztof Mroziewicz, Dziennikarz w globalnej wiosce, 2006.

Mroziewicz jest charakterystyczny, bo jak go czytam, to mówi mi się, że znów go czytam, albo że tylko jego czytam. Fakt, książki są do siebie podobne, już okładki o tym świadczą: to samo wydawnictwo, twarz autora, notka biograficzna, rozdrobnienie rozdziałów, więc nawet te dłuższe czyta się szybko. A treść? No cóż, pisarz ten często pisze to samo, lecz nie tak samo: znaleźć można sporadyczne powtórzenia, co już kiedyś wytknąłem, natomiast tematyka jest podobna i można odnieść wrażenie, że czyta się jedną i tą samą rzecz.

Kiedy więc Mroziewicz definiuje, czym jest globalna wioska (w pierwszej części tej książki), wiemy, że to już było. Jednak warsztat i swada, z jaką pisze, sprawiają, że przymykamy oko. Następnie mistrz dziennikarstwa przeprowadza nas przez katalog różnych form tekstu, od depeszy poczynając. Próżno szukać teorii: dobitne wywody ilustrowane są najsłynniejszymi przykładami; autor pracuje na case studies. Mamy więc depesze Galbraighta z Indii, zdjęcia Che Guevary i Marylin Monroe, wojenne reportaże Wańkowicza etc. etc. "Żywy materiał" jest najbardziej udrzający: polecam zwłaszcza lakoniczny, acz nieznośnie sugestywny opis wejścia Rosjan do Berlina w 1945.

Mroziewicz wydaje się być zwolennikiem dziennikarstwa oszczędnego, choć sam słów nie skąpi (i dobrze). Jego idole: Hemingway, Garcia Marquez, Vargas Llosa i po trosze Kapuściński też słów nie oszczędzali (zwłaszcza Latynosi, co pewnie wynika z ich mentalności) i szli w kierunku bardziej abstrakcyjnych wywodów, wydarzenie mając jedynie za pretekst do rozważań. Ale i historia pamięta ich bardziej jako pisarzy niż dziennikarzy.

Leave a Reply