reż. Nanni Moretti (2011), (to ten od "Pokoju syna", którym się zachwycałem, będąc studentem)
Przedni komediodramat. Nie wiem, czy kontrowersyjny, ale bawiłem się przednio, w sam raz na sobotnie popołudnie. Film otwierają sceny z pogrzebu JPII. Następnie ukazana jest watykańska gerontokracja, nieco zdziecinniała, co przywodzi na myśl pierwszy odcinek serialu "The Borgias" (Rodzina Borgiów czy jakoś tak). Nowy papież-elekt ma kłopot, a wraz z nim kościół i cały katolicki świat. Do akcji wkracza psychoanalityk (Moretti), cudowny włoski bufon ("żona psychoanalityczka odeszła, bo nie mogła znieść mojej wielkości" - powtarzane niczym mantra). Zetknięcie ateusza-naukowca z ludźmi kościoła generuje sporą dawkę humoru. Kiedy papież ucieka, a konklawe nie może się zakończyć, Moretti serwuje kardynałom turniej siatkówki i stara się nad nimi zapanować niczym przedszkolanka nad dziećmi. Chwilę potem sam jest jak obrażone dziecko, bo już nie chcą się z nim bawić.
W tym samym czasie papież, do którego czujemy coraz większą sympatię (w końcu okazuje się być takim samym człowiekiem, a to niespodzianka!), zmaga się ze swoją słabością, to od niej ucieka...
Szwajcarski gwardzista zamelinowany w papieskim apartamencie pochłania kolejne tace z posilkami (nikt nie może się zorientować że papa-elekt uciekł) i ku ekstazie obserwujących okno wiernych natrętnie trzepie zasłoną, symulując obecność Ojca Świętego.
Przewrotny film o ludzkiej naturze. Niedosyt, że trwa tak krótko.
PS. Niezła rola Stuhra w roli rzecznika watykańskiego.

