"Ostatni prom" to tytuł dramatu polskiego z 1989 r., nadanego niedawno w TVP (w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego).
Pasażerowie wycieczkowego rejsu po Bałtyku mają ukryty cel: "zdezerterować" w Hamburgu, a potem - byle dalej od ojczyzny. Plan przerywa wprowadzenie stanu wojennego i zmilitaryzowanie jednostki pływającej.
Dramat ten miejscami przypomina farsę, a przynajmniej komedie Marka Koterskiego (te o świrze z Kondratem). Zastanawiające, jak film z '89 pokazywał społeczeństwo z '81: nieudolna, brutalna władza; idealistyczna, złożona w dużej mierze z kapusiów i esbeków opozycja; nastawiony materialistycznie lud pracujący, który za wszelką cenę szuka ziemi obiecanej za Zachodzie, bo wie, że Polsce (o którą ktoś z kimś walczy) nie ma przyszłości. Do tego przaśne, polskie realia. I pytanie: na ile dzisiejsza rzeczywistość w RP, toutes proportions gardées, różni się od tej przedstawionej w "Ostatnim promie"?
Jedyna pozytywna postać to oficer, przejmujący dowodzenie promem pod nieobecność chorego kapitana, w czasie ewakuacji pasażerów. Nota bene, uważany on jest przez nich za gotowego sięgnąć po broń zbrodniarza na usługach reżimu, przeszkodę stojącą na drodze do upragnionej wolności. Wymowna, wieloznacna scena, kiedy załoga niemieckich kutrów przez megafony nawołuje Polaków (po niemiecku rzecz jasna), by skakali do wody i szukali swojego miejsca w Niemczech, bo w Polsce "wybuchła wojna".

