Ładowanie...

Habemus Papam - Mamy Papieża!


reż. Nanni Moretti (2011), (to ten od "Pokoju syna", którym się zachwycałem, będąc studentem)

Przedni komediodramat. Nie wiem, czy kontrowersyjny, ale bawiłem się przednio, w sam raz na sobotnie popołudnie. Film otwierają sceny z pogrzebu JPII. Następnie ukazana jest watykańska gerontokracja, nieco zdziecinniała, co przywodzi na myśl pierwszy odcinek serialu "The Borgias" (Rodzina Borgiów czy jakoś tak). Nowy papież-elekt ma kłopot, a wraz z nim kościół i cały katolicki świat. Do akcji wkracza psychoanalityk (Moretti), cudowny włoski bufon ("żona psychoanalityczka odeszła, bo nie mogła znieść mojej wielkości" - powtarzane niczym mantra). Zetknięcie ateusza-naukowca z ludźmi kościoła generuje sporą dawkę humoru. Kiedy papież ucieka, a konklawe nie może się zakończyć, Moretti serwuje kardynałom turniej siatkówki i stara się nad nimi zapanować niczym przedszkolanka nad dziećmi. Chwilę potem sam jest jak obrażone dziecko, bo już nie chcą się z nim bawić.

W tym samym czasie papież, do którego czujemy coraz większą sympatię (w końcu okazuje się być takim samym człowiekiem, a to niespodzianka!), zmaga się ze swoją słabością, to od niej ucieka...

Szwajcarski gwardzista zamelinowany w papieskim apartamencie pochłania kolejne tace z posilkami (nikt nie może się zorientować że papa-elekt uciekł) i ku ekstazie obserwujących okno wiernych natrętnie trzepie zasłoną, symulując obecność Ojca Świętego.

Przewrotny film o ludzkiej naturze. Niedosyt, że trwa tak krótko.

PS. Niezła rola Stuhra w roli rzecznika watykańskiego.

Ostatni prom


"Ostatni prom" to tytuł dramatu polskiego z 1989 r., nadanego niedawno w TVP (w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego).

Pasażerowie wycieczkowego rejsu po Bałtyku mają ukryty cel: "zdezerterować" w Hamburgu, a potem - byle dalej od ojczyzny. Plan przerywa wprowadzenie stanu wojennego i zmilitaryzowanie jednostki pływającej.

Dramat ten miejscami przypomina farsę, a przynajmniej komedie Marka Koterskiego (te o świrze z Kondratem). Zastanawiające, jak film z '89 pokazywał społeczeństwo z '81: nieudolna, brutalna władza; idealistyczna, złożona w dużej mierze z kapusiów i esbeków opozycja; nastawiony materialistycznie lud pracujący, który za wszelką cenę szuka ziemi obiecanej za Zachodzie, bo wie, że Polsce (o którą ktoś z kimś walczy) nie ma przyszłości. Do tego przaśne, polskie realia. I pytanie: na ile dzisiejsza rzeczywistość w RP, toutes proportions gardées, różni się od tej przedstawionej w "Ostatnim promie"?

Jedyna pozytywna postać to oficer, przejmujący dowodzenie promem pod nieobecność chorego kapitana, w czasie ewakuacji pasażerów. Nota bene, uważany on jest przez nich za gotowego sięgnąć po broń zbrodniarza na usługach reżimu, przeszkodę stojącą na drodze do upragnionej wolności. Wymowna, wieloznacna scena, kiedy załoga niemieckich kutrów przez megafony nawołuje Polaków (po niemiecku rzecz jasna), by skakali do wody i szukali swojego miejsca w Niemczech, bo w Polsce "wybuchła wojna".

Młody samuraj


Chris Bradford, Młody Samuraj, Nasza Księgarnia 2010

Przygodowa saga dla młodzieży, niewydana jeszcze w całości w Polsce. Miałem okazję czytać dalsze części po angielsku i muszę stwierdzić, że polski tłumacz zrobił dobrą robotę. Książkę jako tako idzie czytać. Po angielsku wcale. Przypomina toporny, niemiecki futbol.

Fabuła znana z Szoguna od Clavella (i serialu): rozbitek w Japonii, walka o tajne dokumenty, jezuici, wojna domowa w Japonii. Autor żongluje znanymi kliszami, dorzucając wszystko, co popkultura zna w temacie japońskim: ninja, miecza, gwiazdki shuriken, tajne chwyty, magiczne moce buddyjskich mnichów. Jest tego tak dużo, że aż mdli od przesytu.

Pierwsze części są niczym bajka dla dorosłych o stawaniu się wojownikiem i pokonywaniu słabości (coś dla fanów coachingu Bennewicza) i traktowane w ten sposób są zgrabną przypowiastką z morałem. Kolejne za nic mają rachunek prawdopodobieństwa i historyczne realia. Można tą grafomanię wybaczyć autorowi, który - jako adept sztuk walki i miłośnik Japonii - marzył, by napisać związaną z jego hobby książkę. Tym bardziej, że raczy nas sporą dawką japońskich terminów i wiedzą o kulturze. 

Mam jednak wrażenie, że mimo wszystko szkoda czasu, gdyż można powyższych rzeczy dowiedzieć się i szybciej, i przyjemniej.